Blog

Samoakceptacja w sypialni

Dziś wpis o samoakceptacji, czyli jak zapalić światło w sypialni. Domyślam się, że piszę teraz przede wszystkim do kobiet, które mają pewne opory przed ukazaniem swojej urody w całej krasie. A szkoda, nie dość że dla Was (bo się ograniczacie) to jeszcze dla partnera. Zdaję sobie sprawę, że krótką notką nie przywrócę wiary w siebie, jednak chciałabym zwrócić Wam, drogie Panie, uwagę na pewne kwestie, by choć w małym stopniu zdjąć z was kilka ograniczników. Co zatem nakłada na nas niewidzialne pęta i nie pozwala dokonywać takiej auto ekspresji łóżkowej jakiej byśmy chciały… ano nasza największa zmora, a mianowicie kompleksy.

Zacznijmy zatem od początku, żyjemy w dość „wymagających” czasach, gdzie na każdym kroku jesteśmy bombardowane przekazami jak powinnyśmy wyglądać, jak się zachowywać, dodatkowo pewnie w dzieciństwie nie często słyszałyśmy komplementy dotyczące naszej unikatowej urody. To wszystko sprawia, że niektóre z nas jak mają się rozebrać przed partnerem to przeżywają istne wewnetrzne katusze. Bo tu cellulit, a tam jakiś rozstęp, a jeszcze z innej stony, może przy zbyt szybkich ruchach w czasie seksu coś się zatrzęsie albo się spocimy. A jak powiedzmy, już jakoś przezwyciężymy kompleksy dotyczące wyglądu (bo nasz wspaniały partner zapewnia nas, że wszystko jest piękne, cudowne i jak najbardziej na swoim miejscu), to dochodzą kwestie innego rodzaju „a jak mój facet robi mi dobrze to czy ładnie pachnę?” albo „czy nie wydaję podczas szczytowania dziwnych odgłosów?”, albo „czy moje zachowanie jest normalne?” (a i o tym będzie osobny wpis) i tak w kółko – jednym słowem zdecydowanie za dużo myślimy, analizujemy, porównujemy się (nie wiadomo do kogo i czego), zamiast cieszyć się seksem i mieć z niego fantastyczną zabawę! Drogie Panie, wiem jak trudno jest zobaczyć w lustrze tak zwaną „seksbombę”, ale zapewniam Was, że takie właście jesteście, że wasz partner tak właśnie o was myśli, tak was widzi. No tak, ale większość z Was pomyśli – „łee, ta baba pisze jakieś głupoty, ja to nie dam rady, nie wiem jak się za to zabrać” – te z was, sceptyczki, które rękami i nogami, będą obstawać przy zgaszonym świetle, polecam, by zaczęły od małych kroczków. Na początku warto (za przeproszeniem) na golasa stanąć przed lusterkiem i zobaczyć jak się wygląda (i co widzicie? piękna twarz, śliczne włosy, ponętne piersi, seksowne biodra, cudowne nogi), potem powiedzieć sobie „łoł, piękna z Ciebie kobieta” albo „co za laska!”! Kolejnym krokiem, gdy już ze swoim widokiem się oswoicie, jest włączenie ulubionej muzyki i  tańczenie, wygłupianie się, by tochę wrzucić na luz! Gdy już osiągniecie ten poziom, że będziecie mogły swobodnie robić striptiz przed lusterkiem (w końcu robicie to przed największym krytykiem jaki istnieje, a mianowicie wami samymi), warto pójść do partnera, włączyć nastrojową muzykę, przestać myśleć o głupotach, zapalić światło (!) i cieszyć się z fantastycznego seksu, doświadczając prawdziwej rozkoszy i bliskości. Patrzyć partnerowi głęboko w oczy, oglądać ciało swoje i partnera kawałek po kawałku i cieszyć się ze zbliżenia.

P.S. I jeszcze jedno! Pamiętacie notatkę o porno dla kobiet? Jeśli nie jesteście przeciwniczkami filmów mocno erotycznych, to zachęcam do obejrzenia jakiegoś, o którym pisałam, może to pomoże się wyluzować. Chodzi o zabawę, radość i zapalone światło (przy czym zapalone światło to innymi słowy seks bez zahamowań i kompleksów)!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *